Gospodyni nr 4/2019 Sprawdź, o czym piszemy w nowym numerze




Ogród jest moją spiżarnią Powrót do listy

Domek na końcu wsi. Za nim tory kolejowe, po których mkną pociągi do Berlina. I nawet zatrzymują się w Budachowie. Gdyby pasażerowie wiedzieli, że mijają po drodze Anielskie Ogrody, pewnie zatrzymymaliby się na dłużej.

tekst: Karolina Kasperek, zdjęcia: Bogdan Kasperski

Do gospodarstwa Kamili i Bogdana Kasperskich jedzie się dosłownie przez bezkresne lasy. Budachów położony jest w jednej z najbardziej zalesionych i najrzadziej zaludnionych gmin w Polsce, dlatego zanim trafi się do Anielskich Ogrodów, przemierzyć trzeba kilometry istnego bezludzia. Na miejscu trafiam najpierw jednak nie do ogrodu, a do niewielkiej klimatycznej kuchni. Na patelni lekko skwierczą pierogi ruskie, którymi zaraz uraczą mnie gospodarze. Swojskie – ze swoich ziemniaków, swojego sera, no może tylko mąka jest zakupiona, ale za to ściągnięta z najlepszego internetowego sklepu. Bo Anielskie Ogrody to gospodarstwo ekologiczne, a to oznacza „niemal samowystarczalne”. – Wszystko zaraz opowiemy, wytłumaczymy. Przeżyje pani prawdziwą inicjację. Czy na pewno jest pani na to gotowa? Bo już nic nigdy nie będzie takie samo – żartuje Bogdan, mąż Kamili.

Skąd się wzięli?

– Z Warszawki. Albo jeszcze inaczej. Ja się urodziłam w tym domu, w którym mieszkaliśmy razem z dziadkami. Z rodzicami wyjechałam do Zielonej Góry. Ale do dziadków przyjeżdżaliśmy co weekend. Skończyłam liceum plastyczne w Zielonej Górze, a potem studia w Warszawie. Zaczęłam pracę w korporacji, a potem w agencji reklamowej. Losy rzuciły mnie do Warszawy, w której prowadziłam swoją działalność. Bogdan podobnie, pracował w koncernach albo we własnej agencji marketingowej – wspomina Kamila. Tam się bliżej poznali i zamieszkali razem. I nie było im tam źle. – Podobała nam się Warszawa. W bloku mieliśmy studio tańca, chodziliśmy do teatru. Ale kiedy się zorientowaliśmy, że musimy jechać samochodem do parku na spacer i że przestajemy rozróżniać pory roku, bo wyjeżdżamy z przydomowego garażu i zaraz wjeżdżamy do garażu w pracy, poczuliśmy, że coś jest nie tak. Nie dotykaliśmy ziemi, bo mieszkaliśmy na dziesiątym piętrze – wspominają. Jednocześnie coraz częściej odwiedzali mamę i babcię Kamili w Budachowie. I zaczęli przedłużać sobie weekendy na wsi. W końcu postanowili podłączyć w Budachowie szybki internet, dzięki któremu można pracować zdalnie. Bogdan wkrótce zwolnił się z pracy. – Moja mama sama w Zielonej Górze, babcia sama w Budachowie i my – w Warszawie. Trzy domy do utrzymania i nasze wieczne pakowanie – podsumowuje Kamila.

Aniela i ogród

Do Budachowa przeprowadzili się wiosną 2009 r. Jeszcze nie wiedzieli, że założą nietypowy wciąż w polskim krajobrazie ogród. – Nie mieliśmy wtedy w planach Anielskich Ogrodów. Ale może bardziej świadomie wybieraliśmy to, co jemy. Zawsze gotowałam w domu obiady. Nie smakowała mi nigdy żywność kupowana; garmażerka ze sklepu by u nas nie przeszła. Wiedzieliśmy, że nie chcemy jeździć do miasta, a to oznaczało, że musimy być bardziej samowystarczalni. Babcia zawsze miała przy domu ogród, więc było od czego zaczynać – opowiada Kamila. Ale ogród okazał się za mały. Któregoś dnia Kamila zaproponowała, by powiększyć go do pół hektara. A Bogdan pomyślał, że skoro mają już duży ogród, to może by tak dokupić jakieś pole i zrobić z Kamy rolniczkę. Dokupili jeszcze jedno pole i zaczęli uprawę, pochłaniając przy tym grube tomy wiedzy o rolnictwie i grodnictwie. Z tych samodzielnych studiów wyszło im, że nie ma innej drogi niż ekologiczna. A że babcia Kamili ma na imię Aniela, gospodarstwo nazwali na jej cześć Anielskimi Ogrodami.

W zgodzie z naturą

Zaczynali od pustej ziemi. – Bogdan mnie zawołał i stwierdził: „Kama, dziś będziemy robić klomby”. Wbiliśmy palik ze sznurkiem i wytyczyliśmy okrąg. Ale na polu postanowiliśmy wcześniej posiać trawę, a potem dopiero dosadzać to, co nam przyjdzie do głowy. Różni znajomi podpowiadali, że skoro chcemy założyć ogród na czymś, co było nieużytkiem, powinniśmy wszystko zlać herbicydami. Bo nie poradzimy sobie z chwastami. To nie wchodziło w rachubę. Wiedzieliśmy już, że nie będzie u nas sztucznej chemii. Dlaczego? Herbicydy wytłuką w ziemi wszystko, wyjałowią, pozbawią ją życia. Zrobiliśmy to mechanicznie – glebogryzarka, orka. W pierwszym roku wyprowadziliśmy nieużytek do stanu „trawnika” – opowiadają o pierwszych próbach. Budowali kolejne klomby i grządki. Nie trzymali się żadnych zasad projektowania. Ale od samego początku wdrażali prawidła ekologicznej uprawy. 

 Artykuł pochodzi z "Gospodyni" 2-2019

Chcesz przeczyatć cały artykuł? Zamów prenumeratę.