Gospodyni nr 5/2018 Sprawdźcie o czym piszemy w nowym numerze




Bez ludzi nie ma ogrodu Powrót do listy

„Czuję zapach łąki, pola, lasów, ogniska, kwiatów. Jestem bardzo blisko natury. Większość młodych lat przeżyłam w mieście, jednak krótki okres wczesnego dzieciństwa spędzony na wsi, a później jeszcze magiczny dla mnie kilkuletni pobyt z rodzicami w Afryce zarysowały mi przyszłość”.

Z czym kojarzy się pani słowo „ogród”?

- Wychowałam się w ogrodzie i mam do niego słabość. Najpierw pachniał trawą cytrynową i mango, dziś ma zapach swojskiej papierówki. Słowo „ogród” budzi we mnie same dobre skojarzenia. To rodzina, przyjaciele. Spotkanie. Bogactwo życia. Na końcu – to ciężar pracy, jaki towarzyszy jego tworzeniu.

A ogród idealny to dla pani…

– Pachnący ziemią, wonny od kwiatów. Szemrzący wodą, brzęczący komarami, bzyczący pszczołami. Przez który przenikają promienie słoneczne, który o każdej porze dnia jest inny. To ogród, w którym się odpoczywa. Jest w nim miejsce dla każdego. To ogród, który pełnymi garściami czerpie z natury, a tworzony jest rękami człowieka. Jest skrawkiem ziemi stworzony na własne potrzeby. Jest żywym organizmem, który nieustająco ewoluuje, więc trzeba się w nim mierzyć z naturą.

Podróżując po Polsce, trafiła pani do idealnego ogrodu?

– Nie wiem, czy istnieje ogród idealny. Ale widziałam taki, w którym chciałam być. Z drugiej strony bardzo lubię swój. I nie zamieniłabym go na żaden inny. W nim odpoczywam. Lubię patrzeć, jak promienie słońca przenikają przez gałęzie starej jabłoni. Wisi na niej drewniana huśtawka. Ma zawsze otwartą furtkę dla gości. Najczęściej korzystają z niej dzieci. Dziś jest pełen kwiatów. Są w nim hortensje, azalie, malwy. Znakomicie się czuję w domu schowanym wśród zieleni. Wypatrzyłam go kilka lat temu. Był niepozorny, sfatygowany. Od razu poczułam magię tego miejsca. Wtedy jeszcze nie był na sprzedaż, więc cierpliwie czekałam – i się doczekałam.

Mieszka pani pod miastem, a pracuje w mieście. Jak na co dzień łączy pani obie przestrzenie?

– Jestem takim wiejsko-miejskim rozbitkiem. Na co dzień wolę żyć na uboczu, bo czas płynie tu wolniej, jest spokojniej, moje dzieci mają bezpieczną przestrzeń wokół siebie. Powietrze, ogród, rówieśników, z którymi można skrzyknąć się na łące. Ale miasto też jest dla mnie cenne. To kawał mojego życia. Dorastania. Miejsce pracy zawodowej, która jest dla mnie bardzo ważna. Mnóstwa wspaniałych ludzi. A pod miastem mam cudownych przyjacielskich sąsiadów. Potrzebuję wsi, aby móc przebywać w mieście. Gdy złapię na swojej ziemi potrzebny mi dystans, miejski pęd nie działa na mnie już tak obezwładniająco. Poza tym duża część mojej pracy odbywa się poza miastem.

Żyjąc na wsi, stała się pani tradycyjną gospodynią, która uprawia warzywnik, zdrowo gotuje, robi przetwory?

– Staram się. Gotuję chętnie i dbam o urozmaicanie jadłospisu. Nie stosuję w kuchni półproduktów i żywności przetworzonej. Używam wyłącznie ziół i idę wobec swoich mężczyzn na jedyne ustępstwo – od czasu do czasu stosujemy maggi [śmiech]. Myślę, że dzieci mają wypracowane zdrowe nawyki żywieniowe. Starszy syn lubi np. pić herbatkę rumiankową. Do szkoły, oprócz pożywnych kanapek, szykuję im zawsze jakiś owoc, warzywo. Lubimy się ruszać, przebywać razem na świeżym powietrzu.

Co pani ostatnio robiła w ogrodzie?

– Stoczyłam walkę z podagrycznikiem. Za bardzo się panoszył. Musiałam wytoczyć najcięższe działa – zastosować środki chemiczne. Nie cieszy mnie to. Staram się ich unikać, ale każdy, kto ma ogród, wie, że to bardzo inwazyjna roślina. Wystarczy zostawić w ziemi kawałek kłącza i rozrasta się na nowo.

Wiem. W tym roku też toczyłam z nim walkę. Ale nie dałam rady sama, więc wezwałam na pomoc fachowców.

– Nie uważam, że to coś złego. Od tego są fachowcy. Jak zepsuje się nam kran w kuchni, choć umiemy go naprawić, wzywamy hydraulika, więc dlaczego w ogrodzie mamy sami pracować?

Wielu ludzi jednak samodzielnie pracuje w ogrodzie. Czerpią z tego powodu ogromną satysfakcję. To dla nich forma spędzania wolnego czasu, relaks – po prostu przyjemność.

– Bo praca w ogrodzie daje ogromną frajdę. Jednak gdy jest na nią niewiele czasu, zaczyna się gonitwa przechodząca w niezadowolenie. Dochodzi do tego, że pozbawia nas przyjemności obcowania z naturą. Zatrudnienie fachowca nie umniejsza miłości do ogrodu. Podziwiam tych, którzy sami zakładają, a później pielęgnują ogrody. Tak tworzone ogrody uczą właścicieli pokory wobec życia, natury.

Czy taki ogród różni się od tych zakładanych przez profesjonalistów?

– To zależy od właścicieli, jaką drogą podążają. Ogród wiejski od początku swojego istnienia łączył dwie funkcje – dekoracyjną i użytkową. Nie był miejscem wypoczynku, ale miejscem pracy. Był praktyczny, funkcjonalny i cieszy mnie, że taki pozostał. Jednak zmienia się styl, współczesne wsie są jak miasteczka. Wiejskie ogrody można tworzyć z rozmachem. Wykorzystać ich naturalne położenie – sadzawki, strumyki i nierówności terenu. Co ważne – w takich ogrodach widać, jak zmieniają się pory roku. Bo ogród to żywy organizm, który nieustająco się zmienia. Inny jest o wschodzie słońca, inny w południe, a jeszcze inny – wieczorem. Na wiosnę rozkwitają w nich drzewa owocowe, na których z biegiem dni pojawiają się soczyste jabłka, wiśnie, czereśnie. Po zerwaniu trafiają prosto na stół lub stają się bazą domowych przetworów, by w długie zimowe wieczory stać się smakowitym wspomnieniem lata.

Tworząc program „Maja w ogrodzie”, przemierzyła pani Polskę wzdłuż i wszerz. Wie więc pani najlepiej, jakie są nasze ogrody. No właśnie – jakie?

– Bardzo różne. A ich różnorodność zależy od ludzi, którzy je tworzą. Jedne mają wyłącznie wypielęgnowany trawnik, który jest chlubą jego właściciela, i rzędy tui. Inne tętnią życiem, są pełne barw. Ich właściciele często inspiracji szukali w historii i na końcu świata. Są więc takie, które nawiązują do stylu japońskiego, gdzie przycięte krzewy i drzewa przypominają bonsai, po których spaceruje się kamiennymi ścieżkami. Inne są naturalne, angielskie. Ale nieważne, jakie są, bo ogród jest odzwierciedleniem duszy, trudno zatem powiedzieć, jaki jest ładny, a jaki brzydki. Mamy przecież różne gusta. Ważne natomiast, by była w nim woda i miejsce do wspólnego odpoczynku. Jeśli są dzieci, wygospodarujmy dla nich przestrzeń. Nie bójmy się w nim liściastych drzew, które dają tak potrzebny latem cień – nie tylko nam, ale i innym jego mieszkańcom: ptakom, owadom, roślinom...

Jaki był ogród, w którym chciała pani być?

Miał wszystko, co lubię w ogrodzie. Wodę, kwiaty i miejsce do odpoczynku, ale tak naprawdę najważniejsi byli w nim ludzie, bo ogród to miejsce tworzone przez ludzi dla ludzi. Tak było od zarania dziejów. Ogrody władców powstawały przecież, by pokazać wrogom ich moc, że mają władzę nawet nad naturą. Bo ogród, nawet ten naturalny, jest zawsze tworzony przez ludzi.

Jaka obecnie panuje moda w ogrodach?

– Najbardziej mnie cieszy w związku z ogrodem, że w ogóle zapanowała na niego moda i to, że dziś ogród można założyć wszędzie: na dziesiątym piętrze bloku i na parapecie okna. Nie ważne, czy będzie i czy będzie duży, czy mały. Ważne jest, żebyśmy go poznali i obchodzili się z nim jak z kimś z rodziny. A z czasem odwdzięczy się swoim pięknem. Po prostu cieszmy się nim.

 Rozmawiała Dorota Słomczyńska

 

 

Maja Popielarska od 17 lat w TVN, od 12 prowadzi i współtworzy magazyn poradnikowy dotyczący pielęgnacji roślin i projektowania ogrodów zatytułowany „Maja w ogrodzie”. Wcześniej była m.in. współautorką programu „Grunt to zdrowie” emitowanego w TVN Style. Jest też autorką 6 książek o tematyce ogrodniczej. Ostatnia z nich „12 miesięcy z Mają Popielarską” zawiera porady na cały rok. Kocha wieś. Początki przyjaźni z ogrodami zaczęły się w ogrodzie Ujazdowskim w Warszawie i w ogrodzie Dziadków pod miastem. Jako czteroletnia dziewczynka wyjechała z rodzicami do Ghany i Liberii. W Afryce spędziła prawie 5 lat. Przez większość dnia przebywała w ogrodzie, o który dbała mama. Było w nim mnóstwo dziwnych roślin, jak na przykład fasola o olbrzymich, prawie metrowych strąkach. Rosła w nim też trawa cytrynowa, chilli, guawa, drzewo mango. W Afryce poznała zapach bazylii. Po powrocie do Polski mieszkała w różnych miejscach: na nowo budowanym Ursynowie, potem w Wielkopolsce i na Pomorzu Zachodnim. Zatoczyła koło, wracając do Warszawy na studia na Wydziale Architektury krajobrazu SGGW, i tu została. Ma dwóch synów.

 

 

 

Galeria zdjęć