Gospodyni nr 4/2019 Sprawdź, o czym piszemy w nowym numerze




Bocian - człowiek zamieniony w ptaka Powrót do listy

Są tak bardzo obecne w polskim krajobrazie, że nie wyobrażamy sobie bez nich ani wiosny, ani lata. Ich brodzący chód trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Nieodłączni towarzysze ludzkich siedlisk i działań. Bociany – zapowiedź ciepła, dostatku i szczęścia.
 
tekst: Karolina Kasperek, zdjęcia: Krzysztof Konieczny, Magdalena Adamczewska

 

Na anglojęzycznych stronach internetowych bocian funkcjonuje często jako „Polish bird” – polski ptak; tak bardzo w tradycji kojarzony jest z naszym krajem. A co przeczytamy w rodzimym języku? Stara polska opowieść ludowa mówi, że żaby, jaszczurki, węże i inne drobne zwierzęta stały się w którymś momencie tak liczne i powodowały tyle problemów, że Bóg włożył je wszystkie do worka, żeby się ich pozbyć. Potem wręczył worek człowiekowi z poleceniem wysypania jego zawartości do morza. Ale w słabym człowieku ciekawość wzięła górę. Otworzył worek, by zobaczyć, co jest w środku. Wtedy wszystkie zwierzęta rozbiegły się i pochowały, więc Bóg zamienił człowieka w bociana, by ten zrobił ze zwierzętami porządek.

 Je żaby czy nie je?

Ile w tym prawdy? Pewna jest ludzka ciekawość. Ale czy żaby i węże to podstawa bocianiego menu? I czy rzeczywiście bocian zbawia nas od tych kilku nieprzychylnie tu przedstawionych gatunków? – To bardzo ładna legenda... Bocian rzeczywiście zjada jaszczurki, węże, myszy i te wszystkie drobne zwierzęta. Średnio podoba mi się tylko w tej opowieści domniemanie, że te stworzenia są jakieś kiepskie. Ktoś kiedyś podzielił świat na zwierzęta pożyteczne i szkodliwe. Ale w przyrodzie taki podział nie ma racji bytu. Powiedziałbym raczej, że bocian znów się zamienił w człowieka, i jeszcze sprawniej niszczy te gady i płazy. Człowiek robi to dziś, niestety, tak skutecznie, że za chwilę bociany nie będą miały co jeść – mówi Krzysztof Konieczny, ornitolog, prezes fundacji proNatura i autor poczytnego bloga www.dbajobociany.pl. Był czas, kiedy modne było kojarzenie bociana z żabami. A potem pojawili się publicyści, którzy uznali to za mit. Prawda tymczasem, jak to zwykle bywa, leży pośrodku. Bocian to drapieżnik. Nie je nasion ani trawy, za to wszystko, co się rusza i co jest w stanie złapać. Począwszy od dżdżownic, przez owady, jak szarańczaki (to zresztą jest jego głównym pokarmem w Afryce), po ryby, płazy, czyli także żaby, i gady. Nie gardzi padalcem ani zaskrońcem, sięgnie też – tak, tak – po pisklę innego ptaka. Ale szczególnie gustuje w gryzoniach. Choć potrafi przynieść do gniazda i nogę małej sarny.

Skąd się biorą dzieci?

Najbardziej powszechne jednak współczesne wyobrażenie bociana to ptak w locie, trzymający w dziobie zawiniątko z noworodkiem i niosący je stęsknionym rodzicom. Ta legenda o bocianie przynoszącym dzieci zrodziła się najprawdopodobniej w północnej Europie. Możliwe, że dlatego, iż bociany przylatują na ten teren z ciepłych krajów dziewięć miesięcy po „środku lata”. Ten środek to czas żniw – moment, w którym w domach robiło się znów dostatnio. Podejrzewa się, że w tym właśnie czasie kobiety – syte i lepiej odżywione niż na przednówku – łatwiej zachodziły w ciążę. Rozwiązania zbiegały się wtedy z przylotem czerwonodziobych ptaków. Jak mówi Krzysztof Konieczny, wizerunek ten utrwala jeszcze fakt, że bociany, kiedy zabierają się tuż po przylocie za renowację gniazda, przynoszą do niego w dziobie gałęzie, darń, wiązki słomy, często rozmiarów przypominających zawiniątko. Kojarzenie dzieci z parą bocianów ma też niewątpliwie związek z postrzeganiem tych ptaków jako wiernych sobie w parach przez lata. Specjaliści rozwiewają jednak ten mit. – Uchodzą za monogamiczne i generalnie są. Ale po założeniu obrączek, nadajników i kamer przy gniazdach okazuje się, że dochodzi czasem do związków „pozamałżeńskich”. Na pewno nie są parą na całe życie. Zresztą, z kim zwiąże się samiec, okazuje się właściwie dopiero w gnieździe. Pary nie tworzą się, jak u niektórych blaszkodziobych ptaków, przed przylotem – tłumaczy Krzysztof Konieczny.  

  

Na sejmikach nie debatują

Może monogamiczność nie jest mocną stroną tych ptaków, ale sposób, w jaki zabierają się za tworzenie rodziny, budowa domu dla niej i uczestnictwo obojga rodziców w chowie małych mogą posłużyć za dobry wzór. Bociany przylatują zwykle do tego samego gniazda, w którym rok wcześniej udało im się odchować młode. Jak to robią, że trafiają? Naukowcy wciąż się nad tym zastanawiają. W grę wchodzi magnetyzm Ziemi, zapamiętywanie mapy terenu i jeszcze kilka teorii. Ale wiadomo, że zwykle najpierw przylatuje samiec. – Przylatuje i czeka na samicę. Ona dolatuje zwykle w ciągu kilku dni. I niemal natychmiast zaczynają pracę nad powiększeniem rodziny. Jednocześnie uzupełniają gniazdo. Po dwóch tygodniach samica znosi średnio trzy, cztery jaja. A potem wysiaduje je na zmianę z samcem – wyjaśnia Krzysztof Konieczny. Trwa to około 31 dni. Młode wylęgają się mniej więcej w połowie maja. Przez kolejnych kilka tygodni siedzą w gnieździe i są karmione przez rodziców – dżdżownicami, małymi owadami, zaskrońcami. W połowie lipca młode podejmują pierwsze loty i uczą się polować. Na nauce spędzają kolejne cztery tygodnie. Kiedy w połowie sierpnia dorównują już umiejętnościami dorosłym bocianom, wraz z nimi gromadzą się na rozległych polach. Ludzie zwykli nazywać te zgromadzenia sejmikami, ale Krzysztof Konieczny jest zdania, że to nadmierna antropomorfizacja tych zwierząt. – Raczej nie debatują. Po prostu przygotowują się do lotu, żerując przez kilka dni. Najpierw lecą dorosłe, potem dzieci. Podróżując, minimalizują nakład energii, ponieważ bociany poruszają się lotem szybowcowym, wykorzystującym prądy powietrza. Wznoszą się na wysokość kilkuset metrów i podążają łukiem Karpat do Izraela i dalej do Afryki – mówi ornitolog.

Zimujący Wojtek

Bociany w Polsce ruszają w podróż do ciepłych krajów mniej więcej w ostatnim tygodniu sierpnia. Ale bywa, że niektórym z nich z jakiegoś powodu mija ochota na wędrówkę i decydują się zostać. To zjawisko nie do końca jest jeszcze rozpoznane przez naukowców. Niektóre z przedstawicieli stały się bardziej znane. Takim bocianim celebrytą jest zimujący już drugi raz Wojtek – bocian, którym opiekują się m.in. Jolanta Konieczka i Wiesław Smolarz z Rozalina w gminie Rychwał. Kiedy w lutym Europę ogarnęły mrozy,z własnej kieszeni zapewniali bocianowi codzienną strawę. Wiesław Smolarz mówi, że wyżywienie takiego bociana to koszt rzędu nawet 7 zł dziennie. – Chętnie zjada żołądki, wątróbkę zaś dużo rzadziej. Zimą potrafi od samego rana stać pod bramą prowadzącą z podwórka na łąkę. Czeka na nas, ale i ja co rano pytam męża: „I co? Jest bociek?”. Przyzwyczailiśmy się do niego, jakoś tak z nim raźniej. Wołam na niego Wojtek – opowiada Jolanta Konieczka. Wojtek wybrał Rozalin na zimowy hotel już 2 lata temu. Gniazdo znajduje się na specjalnie w tym celu postawionym słupie znajdującym się na posesji państwa Smolarzów. I oni, i Konieczkowie zorientowali się, że mają sąsiedztwo we wrześniu. Ale prawdziwie zdumieli się w grudniu 2016 roku, kiedy w święta Bożego Narodzenia pani Jola wystawiła na podwórko rybie odpadki. Zanim zdążyły się nimi zainteresować psy, na podwórku wylądował bocian i na oczach gospodarzy skonsumował zawartość miski...

Człowiek ptakowi człowiekiem

Jak jeszcze mogą spleść się losy ludzi i bocianów? Trzeba pamiętać, że możemy zarówno sporo zaszkodzić, jak i bardzo pomóc bocianom. Możemy remontować ich gniazda – czas na to mamy między październikiem a końcem lutego. Możemy montować specjalne platformy, na których gniazda będą bardziej bezpieczne. Tak też powinny się w nich czuć młode i także na to mamy wpływ. Ornitolodzy alarmują, by nie wyrzucać na polach, chociażby z obornikiem, sznurków. Sznurki przyniesione przez bocianich rodziców do gniazda stają się śmiertelnym zagrożeniem dla młodych, które skutecznie się w nie zaplątują. A co zrobić, kiedy stanie przed nami dorosły bocian, który nie odleciał z innymi? – Jeśli trafimy na zimującego bociana – bo na przykład zatracił instynkt wędrówki – ale widzimy, że lata, żeruje, chodzi po polach, nad stawami, nie trzeba mu pomagać. Z pomocą ruszamy tylko, kiedy temperatura spada poniżej –5 stopni. Możemy wtedy wesprzeć go podrobami czy mięsem. A kiedy słabnie tak, że możemy go złapać, zgłaszamy ten fakt Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Zostanie wtedy odłowiony i przekazany do ptasiego azylu – radzi Krzysztof Konieczny. Wojtek z Rozalina pozostawał w świetnej kondycji nawet przy 15-stopniowym mrozie w lutym tego roku. Wtedy chętnie stołował się u Konieczków i Smolarzów. Ale kiedy przylatuje jego samica, z dnia na dzień rezygnuje z podwórkowej stołówki i przechodzi na własny wikt. – Kiedy przygotowuje gniazdo, a potem wychowuje młode, radzi sobie sam i w ogóle nas nie odwiedza. Zastanawiamy się już, co zrobi pod koniec lata w tym roku – kończy Jolanta Konieczka.

Artykuł pochodzi z "Gospodyni nr 2-2018.