Gospodyni nr 5/2017 Sprawdźcie o czym piszemy w nowym numerze




Nie ma jak zapach domowego ciasta Powrót do listy

O potrzebie rodzinnych świąt, o tym, co znaczy „mama” oraz o czerpaniu satysfakcji z życia rozmawiamy z Małgorzatą Terlikowską, filozofką a na co dzień mamą Marysi, Zosi, Mikołaja, Jasia i Uli

Powoli zaczynamy przygotowania do świąt. Jak spędza się Boże Narodzenie u Terlikowskich?

– Mamy z mężem specyficzną pracę, sporo pisania do internetu, ja pracuję często w domu, więc trudno oddzielić życie domowe od zawodowego, także w święta. Ale oczywiście staramy się nie pracować, a przynajmniej w mniejszym zakresie i być jak najwięcej razem. Dzieci od początku włączane są w różne prace, jak gotowanie czy pieczenie. Rozstawiamy duży stół, jest głośno, tak ma być, dzieci to lubią. Przyjeżdża mój brat, rodzina męża, teściowie. Są coraz starsi, więc tym bardziej zależy nam na byciu razem. To ważne także dla mnie, ponieważ ja mamy nie mam już od dawna. Nie mówiłam o tym publicznie przez dwadzieścia lat, dopiero teraz jestem gotowa. To dla mnie bardzo trudne doświadczenie – całe dorosłe życie bez matki, umarła, kiedy miałam 19 lat. Dziennikarka zapytała mnie kiedyś, czy jest coś, czego komuś zazdroszczę. Niby nie, ale pytanie nie dawało mi spokoju. I zdałam sobie sprawę, że tylko tego, że inni mogą porozmawiać z matką. Nie mogę jej pokazać dzieci, dopytać o coś przy trudnych decyzjach. Ta luka jest ogromna i właściwie z każdym rokiem się pogłębia. Teraz, kiedy sama jestem mamą, tych „pytań do mamy” mam coraz więcej. Z badań też wynika, że dla większości z nas największym autorytetem jest matka.

Wspomnienia domu z mamą są w pani pewnie tym bardziej obecne? Czy także inspirujące?

– Tak, mama prowadziła dom otwarty. Pełno ludzi, ciepła atmosfera. Święta u nas były raczej tradycyjne. Dopiero my z dziećmi wprowadziliśmy rodzinne śpiewanie kolęd – mąż kupił kilka lat temu gitarę, dzieciaki uwielbiają z nią śpiewać. Był pusty talerz i w naszym domu też oczywiście jest. Musiało być dwanaście potraw. Gdyby miało się nie zgadzać, dorabiało się śledzia na kolejny sposób czy piekło jakieś ciasto. Babcia lepiła miliony pierogów. Karpia nie jadłam, ale dziś na naszym stole jest rarytasem. Zaczęliśmy też w zeszłym roku robić kutię, w niej specjalizuje się akurat mój mąż. Staramy się sprostać dwunastu potrawom, ale dzielimy prace – każdy robi to, co mu najlepiej wychodzi. Mój tato kapustę z grzybami, teściowa – pierogi. Śledzie robimy tradycyjne z cebulką, ale i po kaszubsku. My robimy sernik, teściowa rewelacyjne makowce – mało ciasta, pełno maku. Oczywiście czytamy ewangelię, teraz robią to już dzieci. A potem na obiady w święta jeździmy do teściów. Jest indyk z suszony mi owocami czy kurczak nadziewany farszem z wątróbki i pietruszki. Żałuję tylko pasterki – nie byłam na niej od kilku lat, ktoś musi zostawać z maluchami w domu.

Jest pani jedną z najbardziej znanych piewczyń idei macierzyństwa. Ale, co może niektórych zaskakiwać, podczas wykładu w Licheniu w tym roku dużo mówiła pani o tym, ile dla kobiety powinien znaczyć jej mężczyzna.

– Żeby kobieta mogła stać się matką, niezbędny jest mężczyzna. Dzieci to w końcu owoce miłości. My się zmieniamy, zmienia się nasza miłość, przychodzą kryzysy, dlatego mam świadomość, że nad związkiem trzeba nieustannie pracować. Tym, czego nam najbardziej brakuje i o co się sprzeczamy najczęściej, jest czas. Kiedy go małżonkom brakuje, zaczynają się kłótnie, niesnaski, awantury. Próbujemy więc dawać sobie ten czas, pobyć ze sobą. Dzięki temu ciągle potrafimy się sobą cieszyć. Zdaję sobie sprawę, że wiele ataków na nas to często wyraz zazdrości o to, że udaje się nam lojalność, wierność, że trwa wzajemna fascynacja.

Niełatwo być żoną, ale mamą chyba też nie najłatwiej? Trudno złapać mamę pięciorga dzieci rankiem w roboczy dzień...

 – Tak, pięciorga, ale o tej porze w domu jest tylko jeden człowiek, do tego z nianią, więc to jest akurat czas, kiedy jest trochę spokoju. Potem nianię trzeba będzie zmienić, ale Ula, dwulatka, idzie spać, więc będziemy mogły rozmawiać dalej.

Czy dziś trudniej być matką?

 – Z jednej strony trudniej niż kiedyś, z drugiej – łatwiej. Mamy pieluchy jednorazowe, gotowe dania i mnóstwo inspiracji w internecie. Nie musimy stać w kolejkach, przeszywać ubranek po starszych dzieciach. Ale nie mamy spokoju, który miały chyba nasze mamy. Lansuje się dziś wzorzec kobiety – matki idealnej, która ze wszystkim sobie radzi, ze wszystkim zdąża, umalowana biegnie do pracy, odrabia z dzieckiem lekcje, idzie z nim na rozwijające zajęcia, a w międzyczasie ogarnie dom, upiecze ciasto i uszyje strój na balik. W ogóle obserwuję jakieś straszne szaleństwo pod hasłem „Dziecko nie może się nudzić”. W przedszkolu trwają licytacje, na jakie zajęcia dziecko zapisać. Ale to ślepa uliczka, bo po pierwsze dziecko nie jest wtedy z rodzicem, a po drugie potrzebuje trochę nudy, żeby zacząć być twórczym. A internet nie tylko ułatwia, ale i utrudnia. Matki bombardowane są dziesiątkami teorii wychowawczych, często ze sobą sprzecznych. Z jednej strony rodzicielstwo bliskości, z drugiej „Zostaw, niech się wypłacze”. Miotamy się, zamiast słuchać bardziej pierwotnej matczynej intuicji. Nie mówię, żeby przestać czytać, ale słuchajmy też własnego serca.

Te matki, które słuchają, powinny być szczęśliwe

– Są, próbują być, ale często nie mają wsparcia z zewnątrz, mam na myśli to, że degraduje się dziś w publicznym dyskursie macierzyństwo. Kobiety zajmujące się dziećmi nazywane są kurami domowymi, utrzymankami, leniami. Usłyszałam też kiedyś wypowiedź czołowej polskiej feministki: „W sobotę urodziłam, w środę już byłam na uczelni”. Ale to jest fałszywe, bo matka potrzebuje też odpocząć. Zajmowanie się dziećmi i prowadzenie domu jest bardzo ciężką pracą. Kiedy matka jest zmęczona, odbija się to na relacjach z dzieckiem, mężem. Nie musimy być idealne, nie musimy wszystkim na każdym kroku udowadniać, że możemy, że damy radę.

Co pani robi, kiedy nie musi pani przez chwilę wszystkiego ogarniać?

– Cisza i spokój to oczywiście towar deficytowy w naszym domu. Tym bardziej ją doceniam. Jak jest cicho, to pracuję. Robię redakcje książek, korekty lub piszę na portal Fronda.pl. To taki mój odpoczynek od krzątaniny. Lubię też pójść do kosmetyczki i zrobić manikiur. Zwykle robię hybrydowy, bo on się trzyma dłużej niż klasyczny. A kolor? To zależy od dnia, od fantazji. Teraz akurat mam przytłumiony wrzosowy, ale bywa, że nakładam coś jaskrawego. To mi poprawia samopoczucie.

Co pani zdaniem jest dziś dla matki, rodzica największym wyzwaniem, może zagrożeniem? Czy Małgorzata Terlikowska, matka dla wielu wzorowa, też się boi o swoje dzieci?

– Mamy sporo owych zagrożeń, czających się nie tylko na zewnątrz, ale i w samym domu, chociażby internet z pornografią dosłownie na kliknięcie. Ale też uzależnienie od komputera czy innych gadżetów elektronicznych. Odebranie ich powoduje u dzieci pobudzenie i agresję. Oczywiście, że się boję! O to, czy moje dzieci nie wpadną w te pułapki, w uzależnienie. W ogóle jestem osobą, która ma mnóstwo lęków i obaw, czasem chciałabym przesadnie chronić dzieci.

Co w takim razie robić, żeby ustrzec najmłodszych?

- Przede wszystkim być z nimi. Rozmawiać. Nic nie zastąpi obecności nas, rodziców. Bo my, jako dorośli, pamiętamy z dzieciństwa głównie wydarzenia związane właśnie z rodzicami. Pamiętamy, jak nas uczyli jeździć na rowerze, wspólne z nimi wyjazdy, zapach ciasta w domu, smak rosołu, który mama gotowała. Trudno dziś nie pracować, ale trzeba walczyć o czas, który mamy poświęcić dziecku.

Czego życzyłaby Pani kobietom, matkom, które będą czytać tę rozmowę, ale też ich mężom?

– Może to banał, ale zdrowia. A przede wszystkim, żebyśmy umieli zadbać o więzi rodzinne, żebyśmy umieli je podtrzymać. Żebyśmy nikogo nie przekreślali i pomyśleli, że to może ten moment, żeby wyciągnąć rękę, wybaczyć, schować swoje ambicje, a otworzyć się na drugiego. Może to puste krzesło jest jakąś metaforą kogoś, kogo obraziliśmy, obmówiliśmy, z kim się pokłóciliśmy? Żebyśmy znaleźli w tym drugim człowieka, nawet, jeśli myśli i żyje inaczej, niż byśmy chcieli.

 Rozmawiała Karolina Kasperek

 

Małgorzata Terlikowska

39-letnia etyk, filozof, redaktor, publicystka katolicka, matka, żona, kobieta. Z każdą z tych tożsamości czuje się równie silnie związana. Absolwentka Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej UKSW. Pracowała w Radiu PLUS, Redakcji Programów Katolickich TVP, Katolickiej Agencji Informacyjnej. Obecnie współpracuje z portalem Fronda.pl i „Przewodnikiem Katolickim". Czasem wykłada. W tym roku była m.in. prelegentką podczas Zjazdu Kół Gospodyń w Licheniu Starym. Żona Tomasza, mama pięciorga dzieci i amatorka marcepanu. Nie przeżyje dnia bez porcji nowej wiedzy na temat otaczającego ją świata.